Pierwsze święta osadników na Ziemiach Odzyskanych

Zbliżające się święta to okazja do wspomnień o pierwszej wigilii w naszym mieście jako nowym domu. Swoją historię zgodził się opowiedzieć nam jeden z pierwszych osadników – pan Tadeusz Barecki. To momentami trudna, ale piękna opowieść o ucieczce i odnalezieniu spokoju w Brzegu Dolnym.

Droga do Brzegu Dolnego

Przybyliśmy tu w październiku 1945 roku. Pierwsi, którzy przyjechali tutaj z terenów wschodnich, czyli województw Lwów, Brody – większość osiedliła się w Izristal, czyli Piotroniowicach. Mama z dziećmi, było nas pięcioro – pierwszym transportem przyjechaliśmy tutaj, do Piotroniowic, gdzie przebywaliśmy przez kilka miesięcy. W tym czasie wszyscy mężczyźni, mężowie, wujowie byli na wojnie, chociaż ta skończyła się 8 grudnia, a to był koniec maja. Do Piotroniowic dołączył do nas tato na przepustkę. Z zawodu był młynarzem, zaczął rozglądać się w okolicy w tym czasie za młynem. Wraz ze swoim szwagrem trafili do Brzegu Dolnego, po czym wrócili do jednostki. Ale kiedy w październiku zostali zdemobilizowani do cywila, tato przyjechał do Piotroniowic i wtedy wszyscy wyruszyliśmy do Brzegu Dolnego. Mieliśmy ze sobą krowę, dlatego szukaliśmy domu, gdzie byłoby dla niej miejsce, jakaś obórka. Krowa, która z nami przyjechała, była w tamtych czasach jedynym naszym żywicielem. Dzięki niej było mleko, sery. Właściwy dom znaleźliśmy koło poczty, na ulicy Kolejowej. Budynek był zdewastowany, okna powybijane, drzwi połamane, ale w podwórku stała oficyna. Nasza siódemka zamieszkała na górze, gdzie znajdowały się dwa pomieszczenia, a w tym czasie tato remontował dom.

Pierwsze święta

Pierwsze święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy właśnie w tym domu. Wtedy do miasta przyjeżdżali ludzie biedni, co kto z sobą przywiózł, to miał. Kiedy byliśmy na wschodzie, przygotowania do świąt to było pieczenie ciast i kołaczy, bułeczek, które rozdawało się chodzącym kolędnikom. Kiedy przyjechaliśmy tutaj, przygotowania wyglądały inaczej. Musieli być dziad i baba. Dziad to była słoma na podłodze, na której bawiły się potem dzieci, a czasem nawet ludzie na tym spali. Baba to był snop zboża stojący w kącie. Taka była tradycja wigilijna. Potrzebna była choinka. Miałem wtedy 10 lat, poszedłem do naszego parku, gdzie teraz stadion jest, ściąłem drzewko i przyniosłem do domu. Ubraliśmy choinkę w wiszące zabawki, które nasza mama przywiozła ze sobą. Tradycją na wigilijnym stole była kutia. Okazało się, że mimo biedy znalazła się pszenica, miód i mak do potrawy. Na wschodzie w czasie wigilii wszyscy jedliśmy z jednej miski. Czasy były tak biedne, że nie było sztućców, a jedynie drewniane łyżki. To była pierwsza wigilia, kiedy wszyscy spotkaliśmy się w tym domu i mogliśmy świętować i kolędować.

Pierwsze miesiące w Brzegu Dolnym

W listopadzie przyjechał transport ze Śniatyna, wtedy przyjechało dużo młodzieży. Pamiętam, kiedy rozładowywali się na bocznicy. Od października tato pracował z Niemcem w młynie. Kiedy przyjechał na urlop, dogadał się z Rosjanami, którzy stacjonowali w Pogalewie. Powiedział, że jest osadnikiem, pokazał dokumenty, by udostępnili mu młyn do pracy. Młyn prowadzili Rosjanie z Niemcem. Tato otrzymał pozwolenie na użytkowanie młyna. Mieszkaliśmy wtedy sami, ale zaczęli przyjeżdżać ludzie. Zajmowaliśmy duży dom po weterynarzu, gdzie były pokoje, piękna łazienka, piec do grzania wody, spłuczka. W kuchni była kuchenka węglowa, a oprócz tego dwa palniki na gaz. Oficynka w podwórku była apteką. Z jednym z transportów przyjechała rodzina o nazwisku takim samym, jak nasze, i ojciec odstąpił im nasz dom. My przeprowadzaliśmy się do Niemca, który udostępnił nam dwa pokoje i kuchnię, a sam zamieszkał na górze budynku. Pracowało się i mieszkało spokojnie. Ojciec pracował z Niemcem, Rosjanie wyjechali.

Ojciec chciał być młynarzem. Mam jeszcze jego dyplom, kiedy zdawał egzamin we Lwowie w 1930 roku. Długo jednak młynem nie nacieszył się. Przyszła władza ludowa w 1948 roku, zjednoczenie PPS i PPR i powstanie PZPR. Rozpoczęła się kolektywizacja. Zabierano rolnikom, by tworzyć spółdzielnie produkcyjne i kółka. Tato musiał wszystko oddać nie mając innego zawodu. Drugi młyn w mieście był przy ulicy Urazkiej. Ten młyn też zabrano młynarzowi, który dostał ataku serca i umarł. Zanim zabrali młyn, zrobili mu rewizję, bo podejrzewali, że handluje dolarami. Przekopali cześć ogródka, szukając elementów przestępczych. Młyn przeszedł do GS-u, gdzie pracował mój ojciec. Zarabiał grosze. W 1949 dwie siostry już pracowały, tak że rodzinie było już lżej. Mama posiadała dokumenty, że na wchodzie zostawiła pole i część domu, dlatego tutaj przyznali jej gospodarstwo i otrzymała akt własności. Teren ten wykupiła Rokita, tam znajdowała się elektroliza.

Kolędowanie i pierwsza pasterka

Ci, którzy przyjechali tutaj, chodzili nawet kolędować pod oknami. Każdy dawał im, co miał, jakąś bułeczkę. Pieniędzy nikt wtedy nie miał. Ludzie wspierali się wzajemnie, jedni drugim pomagali. Do Brzegu Dolnego przyjechał transport ze Śniatyna, przyjechał z nimi ksiądz Wojciechowski. Pierwsza msza wigilijna odbyła się w grudniu 1945, była u sióstr boromeuszek. Zima była wtedy mroźna, ale bezśnieżna. W większości byli tu ludzie starsi. Balaski, które są dziś w kościele, były już wtedy. Kościół w rynku był ewangelicki, chodziliśmy do kościoła sióstr boromeuszek.

Ucieczka

Byliśmy szczęśliwi, gdyż nie było się już kogo bać. Z opowieści mamy wiem, że tato był wtedy na wojnie, a my miedzy Ukraińcami. W tym czasie, głównie nocami, grasowały bandy, które grabiły okoliczne domostwa. W wiosce, w której mieszaliśmy, pewnej nocy również grasowali. Przyszli pod okno, a mama nie wiedziała wtedy, co dzieje się w wiosce. Usłyszeliśmy: „Otwieraj drzwi, bo jak nie, to okno drzwiami się stanie!” w języku ukraińskim. Mama oraz my, dzieci, siedzieliśmy cicho. Za chwilę pojawił się ktoś i mówi: „Ty, chodź, bo tu jest dobry Polak, tu mieszka dobry Polak”. Odeszli. Ojca nazwano dobrym Polakiem, gdyż w 1930 roku była wielka bieda na Ukrainie. Był młynarzem u bogatego, który miał pałac na wsi. Kiedy bieda nastała, zwolnił mojego tatę. W dokumentach zachowało się polecenie, jakie tato od niego otrzymał. Wtedy ojciec otworzył mały sklepik. W jednym małym pomieszczeniu były i lemoniada, i zapałki, i smar do wozu, sól i wszelkie potrzebne rzeczy. Ludzie z wioski przychodzi, a że nie mieli czym płacić, ojciec pozwalał brać „na zeszyt”. Ukrainiec, który musiał znać tatę, powiedział o nim właśnie „dobry Polak”. Po tej nocy we wsi ruch, dwa domy od nas zastrzelili, zamordowali matkę z dziećmi. Dopuszczali się tego, bo większość mężczyzn, jak nasz tata, była w wojsku. Prawdopodobnie przyszli pytać tej sąsiadki, gdzie jest mąż, ona najprawdopodobniej powiedziała, że nie wie. W tym samym dniu mama zdecydowała, że uciekamy, by nie spotkał nas podobny los. Mieliśmy tylko konia, a to było za mało, by zabrać nas wszystkich. Poszła do sąsiada Ukraińca prosić, by nas odwiózł do Podkamienia, 10 km od naszej wsi. Sąsiad zaoferował konia i wóz, ale sam jechać nie chciał. Mama załadowała wszystko i pojechaliśmy do dalszej rodziny, która przyjęła nas na kilka dni. To był rok 1944, cześć ludzi uciekła na tereny Polski, głównie na tereny województwa rzeszowskiego, kieleckiego. Tam Piłsudski rozdawał ziemie i tam osiedlali się. W 1944 przezimowaliśmy w Podkamieniu. W 1945 pierwszym transportem wyjechaliśmy. Jadąc nie wiedzieliśmy, gdzie dojedziemy. Nasz transport jeździł po całej Polsce. Jeden wagon został na Pomorzu, drugi w zielonogórskim, kolejny w Wołowie.

Tworzenie się społeczności w Brzegu Dolnym

Ludzie, którzy przyjechali, od razu zabrali się do pracy. Mój ojciec był młynarzem wraz z moimi wujkami. Trzeci wujek chciał otworzyć sklep. Ludzie, który przyjechali ze Śniatyna, od razu otworzyli sklepy, ale nie było co w nich sprzedawać, jedynie pozostałości po Niemcach. Znalazł się również rzeźnik, szewcy, fryzjer. Wszystko zaczęło funkcjonować i jeden drugiego potrzebował. Otworzyła się rozlewnia piwa. W głębi Polska funkcjonowała, tam nie było zniszczeń, inaczej niż tutaj. Moja mama miała krowę, więc ludzie przychodzili po mleko, bo mieli małe dzieci. Za mąkę ludzie dawali kartofle. Rodziło się wtedy normalne życie, bez strachu.

jb

Polecamy