Najważniejsza jest wola przetrwania

Józef_Szumilas

– Byłem świadomy, że mogę z tego nie wyjść. Zresztą historia moich współpacjentów świadczy o tym, że nie wszystkim chorym udaje się pokonać COVID-19.

Józef Szumilas, radny powiatu wołowskiego, regionalista, były nauczyciel historii i wieloletni dyrektor dolnobrzeskich szkół, na początku kwietnia zaraził się wirusem SARS-CoV-2. Choroba miała bardzo ciężki przebieg. Po trwającej ponad dwa i pół miesiąca hospitalizacji, do dzisiaj nie udało mu się w pełni odzyskać zdrowia.

– Choroba zniszczyła mi płuca, jestem przed badaniami i za kilka tygodni będę wiedział, jak moje organy się regenerują.

Kiedy zaczęła się choroba i czy na początku miał pan powody do niepokoju?
Zaczęło się bardzo niewinnie. Choroba rozwinęła się u mnie po świętach wielkanocnych. Nie oceniałem źle mojego stanu zdrowia. Natomiast córka, która już była bogatsza o doświadczenie, bo chorowała przede mną, bardzo się zaniepokoiła i to ona mnie monitorowała. Objawem, który nie tyle mnie, ale moich najbliższych martwił, była niska saturacja. Mierzyłem poziom natlenienia krwi na bieżąco i saturacja z dnia na dzień, a następnie z godziny na godzinę, mocno się obniżała. Moje córki zdecydowały, że trzeba wezwać karetkę covidową. Po wstępnych badaniach ratownicy powiedzieli, że trzeba jechać do szpitala. Jeszcze się upierałem, że mogę przeczekać to w domu, ale się nie dało. Trafiłem do szpitala covidowego w Wołowie. Spędziłem w nim miesiąc i to oczywiście było związane z obustronnym zapaleniem płuc, które u mnie przebiegało dosyć ciężko. Po miesięcznym pobycie w Wołowie zostałem przeniesiony do Dolnośląskiego Centrum Chorób Płuc we Wrocławiu przy ul. Grabiszyńskiej z powodu przewlekłej niewydolności oddechowej, która była dla mnie tak dotkliwa, że uniemożliwiała mi nawet rozmowę przez telefon. W tym czasie z najbliższymi kontaktowałem się tylko przy pomocy komunikatorów lub pisząc wiadomości SMS, natomiast znajomi, którzy do mnie dzwonili, kończyli szybko rozmowę, bo po kilku słowach traciłem oddech. To było przerażające.

Jak przebiegał pobyt w tzw. szpitalu covidowym?
Mam doświadczenie z trzech szpitali – w Wołowie, gdzie wyleczono mnie z najbardziej ostrego stanu, szpitala przy Grabiszyńskiej, gdzie byłem leczony z niewydolności oddechowej, oraz w Obornikach Śląskich, gdzie byłem rehabilitowany. Kieruję słowa uznania dla szpitala w Wołowie. Personel, na czele z ordynatorem dr Pawłem Główką, opiekował się mną oraz pozostałymi pacjentami z wielkim oddaniem. Pan ordynator nakreślił mi możliwy przebieg tej choroby, w który ja na początku nie wierzyłem, chociaż siły opuszczały mnie z dnia na dzień. Nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą. Byłem zdany na opiekę pielęgniarek, które z oddaniem i zaangażowaniem poświęcały się swojej pracy. Ta utrata sił w niewyobrażalnym stopniu mnie przerażała.

Czy towarzyszył panu strach o swoje życie?
Oczywiście, zwłaszcza że stan moich współpacjentów z sali pogarszał się. Chodzi o dwóch młodych mężczyzn, którzy zostali zakwalifikowani do podłączenia pod respirator. Niestety dla jednego z nich nie było wolnego respiratora w Wołowie, a tak szybko pogarszał się jego stan zdrowia, że lotniczym pogotowiem ratunkowym został przewieziony do szpitala we Wrocławiu. Jeszcze bardziej traumatycznym przeżyciem był widok młodego człowieka, który płakał, gdy dowiedział się, że zostanie podłączony do respiratora. Dla mnie to było potworne doświadczenie. Rozumiałem jego obawy, kiedy pytał, co się będzie z nim działo przez najbliższe tygodnie. Pamiętam jego dramatyczne rozmowy z żoną. Miałem obawy o swoje życie, bo jestem obciążony chorobami nadciśnieniem i cukrzycą. Przy mnie umierali ludzie, kilka osób zmarło podczas mojego pobytu w Wołowie i we Wrocławiu. Byłem świadomy, że mogę z tego nie wyjść.

Czy nie uważa pan, że ludzie przywykli już do tych historii i odpuściliśmy jako społeczeństwo te wszystkie środki ostrożności?
Te przypadki, które obserwowałem w szpitalu w Wołowie i mój własny, wskazują na podstępność tej choroby. Nie wszyscy są tego świadomi i ja to rozumiem. Kto nie przeżył osobiście i nie miał ciężkiego przebiegu u siebie lub w rodzinie, wśród najbliższych, to czasami nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Mnie dotknęły ciężkie doświadczenia i wiem, że z tą chorobą nie ma żartów. Natomiast z przerażeniem obserwuję, zwłaszcza w sklepach, czy odbierając wnuczkę z przedszkola, że choć bezwzględnie należy założyć maseczkę w takim miejscu, to ludzie nie stosują się do zaleceń. Ciągle czuję się zagrożony, bo jestem dopiero po pierwszej dawce szczepionki. Niestety, nie zdążyłem się zaszczepić w wyznaczonym pierwotnie terminie, bo praktycznie w przeddzień szczepienia miałem dodatni wynik testu. Już po chorobie komplikacje w postaci zakrzepicy spowodowały, że nie mogłem tego zrobić od razu, ale dopiero wtedy, gdy choroba została opanowana. Zaszczepiłem się świadomie, z myślą o najbliższych, bo czuję się za nich odpowiedzialny.

Mimo powszechnej dostępności szczepionki, poziom wyszczepienia społeczeństwa wynosi nieco więcej niż 50 procent, również w Brzegu Dolnym. To nie gwarantuje tzw. odporności zbiorowej. Gdzie popełniono błąd?
Myślę, że popełniono wiele błędów w polityce informacyjnej, a przykład szedł z góry. Choćby stwierdzenie głowy państwa – „Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych, ja osobiście nigdy się nie zaszczepiłem na grypę, bo uważam, że nie”. Takie słowa to nie jest zachęta do jakichkolwiek szczepień. Dzisiaj te regiony, które posłuchały, płacą swoją cenę, szczególnie wschód Polski. Szpitale zapełniają się pacjentami covidowymi, przede wszystkim niezaszczepionymi. Rosną liczby w codziennych raportach. Nie chcę nawet myśleć o tym, że w takim sposobie informowania ludzi, jakąś rolę odegrała polityka. Nie chcę też formułować daleko idących oskarżeń, ale moim zdaniem była to próba przypodobania się ruchom antyszczepionkowców, które mogły stanowić zaplecze polityczne. Poszukiwano trzeciej drogi – jak zwiększyć poziom zaszczepienia, nie narażając się sporej części własnego elektoratu. Jako rodzic szczepiłem wszystkie swoje dzieci. Za komuny szczepienia były obowiązkowe i one spełniły swoją rolę, bo te choroby, które zagrażały ludziom, kiedy ja byłem w okresie dziecięcym, czyli ospa, odra, Heinego-Medina, dzisiaj praktycznie nie istnieją i to jest wynik powszechnych szczepień. Jeśli mamy wygrać wojnę z COVID-19, to nie ma innej drogi jak szczepienia, bo lekarstwa jeszcze nie ma. Jak pani wspomniała – zaledwie 50  procent społeczeństwa skorzystało ze szczepień, a są przecież gminy, gdzie tych zaszczepionych jest jeszcze mniej. Wierzę w naukę. Jako emerytowany nauczyciel byłbym niekonsekwentny, gdybym postąpił inaczej. Dlaczego się zaszczepiłem, choć mógłbym liczyć na odporność po przechorowaniu? Przede wszystkim z myślą o innych i o swoich najbliższych. Szczepię się, żeby moje wnuki były bezpieczne. Szczepię się, bo mam choroby przewlekłe i jestem z grupy ryzyka i z tych względów podjąłem taką decyzję. Szczepienia dają nadzieję, winniśmy zaufać nauce.

Wracając do przebiegu choroby, kiedy w pana przypadku nastąpił przełom i przyszła nadzieja na powrót do zdrowia?
Pierwszy przełom w chorobie nastąpił, kiedy rehabilitanci w szpitalu przy ul. Grabiszyńskiej, po niemal dwóch miesiącach leżenia, postawili mnie pierwszy raz na nogi. Kolejnym przełomem było wzięcie prysznica w łazience, która była oddalona o trzy metry od mojego łóżka. To tylko kilka kroków, ale w tym czasie dostanie się do łazienki o własnych siłach, to było moje marzenie. Pierwsza kąpiel, oczywiście przy pomocy pielęgniarek, była wielką, psychiczną ulgą i wtedy wiedziałem, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Z resztą lekarze cały czas motywowali mnie do walki. Były też takie momenty, kiedy nie widziałem optymistycznego rozwiązania dla siebie. Jednak myśl o rodzinie – żonie, dzieciach i wnukach, o tym, że mam dla kogo żyć, dyscyplinowała mnie wewnętrznie.

Na jakim etapie powrotu do zdrowia jest pan obecnie?
Choroba zniszczyła mi płuca. Jestem przed kolejnymi badaniami specjalistycznymi w przychodni przy ul. Grabiszyńskiej i za kilka tygodni dowiem się, jak moje płuca się regenerują. Do tego dochodzi zakrzepica i mocne wypadnie włosów, ale pani profesor Maria Ambroszko mnie pocieszyła, że lepiej być łysym i żyć, niż mieć włosy i umrzeć. Jestem obecnie pod opieką przychodni leczenia tlenem i towarzyszy mi koncentrator tlenu, którego użycie zostało ograniczone do czasu snu. Po badaniach pod koniec października zapadnie decyzja, co dalej. Dochodzenie do pełni zdrowia, przede wszystkim płuc, będzie trwało około roku, jak nie dłużej. To już lekarze mi wyjaśnili. Moją największą motywacją są wnuki 12-letni Franek, przy którym zaczynałem karierę dziadka, 5-letnia Michalinka, która zaczęła chodzić do przedszkola oraz 1,5 roczna Rozalka, rezolutna dziewczynka, która przypomina mi moją mamę. Wiedziałem, że muszę do nich wrócić.

Małgorzata Bołdyn

Polecamy